xxxvx

"protect me from what I want"

yes

wszystko jest lepsze. może nie lepsze: ja mam inny pogląd na absolutnie każdą część dnia, na każdego człowieka, na każdą sytuację. tak jak zmagałam się z przerastającym mnie strachem tak teraz nie czuję już tego niezdrowego ucisku w brzuchu i w głowie. mimo że stresuję się nową szkołą, nową klasą (nauczycielami mniej, bardziej samymi lekcjami) to nie jest to tak uciążliwe jak rok temu czy nawet pół roku temu. paznokcie odrosły, już ich nie zjadam ze stresu, włosy wyrównałam u fryzjera, już sama ich nie cięłam, pojawiający się czasami w lustrze podbródek już mi tak nie przeszkadza, wszystko wokół stało się mniej wymagające i przerażające. zmieniłam się, zmieniłam swoje spojrzenie na życie. wyluzowałam się, olewam pewne rzeczy w dobrym sensie. pozbyłam się kompleksu pod tytułem „nienawidzę mojej osobowości i w ogóle siebie”, zamieniłam go na „nienawidzę tego że jestem głupia, muszę się uczyć”. tym sposobem minął dzisiaj już drugi zwieńczony sukcesem dzień. drugi raz już weszłam do domu z myślą „i did it” i uśmiechem zadowolenia.  nie chcę zapeszać ale będzie dobrze.

katastrofa

 

.

.

.

 

 

tumblr_mjh9mlwxwF1qgiw5to1_1280

.

.

.

 

Za 19 dni skończę 18 lat. Osiągam pełnoletność będąc w najgorszym momencie całego mojego życia. Nienawidzę siebie na wskroś. Stałam się kimś, kim zawsze gardziłam, stałam się człowiekiem, z którym niegdyś nie chciałabym mieć nic do czynienia. Dlaczego nikt mnie nie powstrzymał od najgorszych decyzji, jakie podejmowałam? Byłam taka słaba, że wpadałam w gówno, a potem się z niego nie podnosiłam, czołgając coraz niżej i niżej doszłam do miejsca, gdzie nic nie mogę zmienić, tylko trwać w tej sraczce i użalać się nad sobą. Zostały we mnie tylko te cechy charakteru, których nigdy nie chciałam posiadać, a jak się pojawiały koniecznie musiałam je usunąć, ale nie umiałam. Jestem żałosnym robalem czołgającym się po ziemi. Co mam świętować w moje urodziny? Dorosłość osiągam jako cień człowieka, który kiedyś był wspaniały i podziwiany, teraz jest istną katastrofą. Moi rodzice mnie nienawidzą za to kim się stałam i co straciłam, nie dziwię im się. Cała moja rodzina mną gardzi i nie stara się tego ukrywać. Przed przyjaciółmi się siebie wstydzę, wstydzę się przed moją młodszą siostrą, która jest sama, a to ja powinnam stać przy niej, a nie potrafię. Jest mądrzejsza, odważniejsza i piękniejsza ode mnie, błagam tylko o to, żeby na mnie nie patrzyła, kiedyś byłam dla niej kimś ważnym, za kim ślepo szła, wiedząc, że będzie dobrze. Teraz ja zostałam za nią daleko w tyle. Oduczyłam się czytać, oduczyłam się pisać, oduczyłam się myśleć. Mogłam osiągnąć wszystko, a stanęłam, schowałam się i patrzyłam jak tłum ludzi wokół mnie idzie do przodu, podczas gdy ja stałam w szarej masce na twarzy. Wszystko co wartościowe od kilku lat gnije na półkach i się kurzy.

 

 

 

bez tytułu, bez znaczenia

słychać było jedynie nasze spokojne wdechy i wydechy, śpiew ptaków, szum drzew i od czasu do czasu jakieś szamotanie się zwierzątek w krzakach. siedziałam i zastanawiałam się co tym razem przebiegnie dwa metry od nas. głęboko w lesie, na zakazanym z niewiadomego powodu terenie zaparkowaliśmy i tak sobie spędzaliśmy czas, on leżał na moich kolanach, oboje mieliśmy zamknięte oczy i radowaliśmy się chwilą. czułam się tak szczęśliwa, jak nigdy nie byłam. nie ograniczał nas czas, nie ograniczała pogoda ani chęć robienia niesamowitych rzeczy. docenialiśmy spokój, obecność siebie nawzajem. czułam się jak w bajce, a moja klatka piersiowa rozsadzana była od wewnątrz przez miłość, którą do niego czuję ale nie mam jej jak z siebie wylać.

potem czułam się jak bajce po raz kolejny kiedy z pootwieranymi oknami jechaliśmy z niemałą prędkością po ciemnej drodze. obserwowałam drzewa, które niknęły za nami jak tylko światła auta przestały je obejmować. co jakiś czas między pniami dało się dostrzec małe chytre świecące oczka, które tylko czekały na to, żeby wyskoczyć przed maskę. o mało nie zabiliśmy dwóch stworzeń, na szczęście im się udało i jakoś przeżyły wyprawę z jednego lasu do tego po przeciwnej stronie. paląc papierosa, czując wiatr na twarzy, głaszcząc jego opanowaną rękę, słuchając muzyki albo jego śpiewu podczas refrenów nie mogłam uwierzyć że kiedyś mogłam być nieszczęśliwa.

nie mam nic więcej do powiedzenia. gdy siedzę w domu choruję na tęsknotę, jakiś ucisk rozsadza mi głowę, chcę zasnąć ale nie mogę, razi mnie światło dobiegające z dworu. kiedy wychodzę jestem w stanie się uśmiechnąć, ale to nie to samo co szczęście, w którym pływam jak jestem z nim. jak wracam do domu czuję się jak na odwyku, nic mi nie pomoże, chyba że zadzwoni telefon i obudzi mnie z psychozy.

antygona

.

.

.

jestem zawiedziona, wpadłam po uda w błoto, każdy ruch pogrąża mnie jeszcze bardziej. szybko popełnione błędy, słowa wypowiedziane pod presją, żal do samej siebie, strach przed utratą panowania, strach przed przekroczeniem granicy. te najbardziej wzniosłe i pełne entuzjazmu uczucia są najbardziej kruche, łatwe do wywołania drgań powodujących euforię ale i łatwe do przewrócenia, zniszczenia i zakopania kilometry pod zmarzniętą ziemią, na której już nigdy nic nie urośnie. sytuacja bez wyjścia zaskoczyła mnie dzisiaj wyłącznie z mojej winy, zachwiać jego uczuciami czy swoimi? po tym, co musiałam przechodzić wcześniej egoistycznie postawiłam na siebie, jednak dostałam nieplanowanego kopniaka prosto w twarz od własnych uprzedzeń, wahań i przerażeń. uderzenie po której decyzji byłoby boleśniejsze? nie wiem, przecież czas leci, a ja nie mam pilota, aby go przewijać, niezależnie którą drogę wybierzesz, nie masz szans na to, aby się cofnąć. wybierz, w której ręce mam cukierka, wybierz, za co poniesiesz konsekwencję. boję się, że troszeczkę wyparowała ta magia targająca moimi płucami od kilku miesięcy. proszę, uratuj motylki w brzuchu i głowie, postąp lepiej niż ja, podejmij lepsze decyzje, nie musisz przyjechać na białym koniu: ważne żebyś przywiózł przebaczenie i karmę dla motyli.

.

.

.

.

.

.

.

.

dzisiaj płakałam ze szczęścia. łezki spłynęły bezgłośnie i wsiąknęły we włosy, ślad po nich pozostał na policzku, pozostał delikatny uśmiech i rozpromienione serce zmęczone wieloma złymi dniami, nie dowierzające w euforię, która rozbrzmiewała we mnie od samego rana, a wybuchła wieczorem, około 21.00. można płakać ze szczęścia, jeśli nie jesteś tego pewny, to ja ci właśnie opowiadam, że można, że zwykły dzień może ewoluować nagle w spełnienie dzięki odpowiedniej osobie.
nie wiem czy można płakać ze szczęścia samemu, z własnej satysfakcji lub zadowolenia. jestem za to pewna, że jak zrobisz coś miłego komuś ważnemu nie myśląc o własnych korzyściach płynących z tego, a potem niechcący ktoś jeszcze kogo bardzo kochasz przyłączy się do małego dzieła, które stworzyłeś, to już sprawia, że czujesz mrowienie z radości.
około 21.00 jednak, jak leżałam i widziałam jak zasypia, czułam jego oddech na nosie i policzku, po całym dniu samych cudownych chwil, nagle wszystko zebrało się razem, a ja nadal nie dowierzam, że jestem z kimś, na kim tak bardzo mi zależy, w dodatku jesteśmy tacy dobrzy dla siebie. wszystko jest ponure naokoło ale gdy jest koło mnie, to bez różnicy czy jest ponuro, czy nie, bo razem emanujemy tak szczęśliwym światełkiem, że nic naokoło nie jest ważne, ja jestem zapatrzona w niego, nic z zewnątrz się do nas nie dostaje, jesteśmy osobnym światem wklejonym pospiesznie to smutnego otoczenia. a najlepsze jest to, że wiem, że nie tylko ja tak czuję, że cały czas jest ktoś, kto dzieli ze mną szczęście.

.

.

.

please please leave me alone

.

.

She’s like heroin
Sipping through a little glass
I’m looking for some help
I need someone to save my ass

.

.

SONY DSC

.

tumblr_mi8ctpDckn1qiwcsdo1_500

.

.

.

.

.

.nie mam siły, nie mam życia w sobie, nie mam w sobie tego miłego oddechu, wpuszczam i wypuszczam jedynie szare powietrze, groźniejsze od dymu papierosowego, groźniejsze od gazu, bardziej ohydne od smrodu ze starych kanałów. nie mam weny w kształcie: o wstanę, o zrobię coś, o zambitnieję, o zmądrzeję, och pokocham, polatam, poszlocham, a potem wstanę, przeciągnę się i pobiegam po ludziach (najlepiej dosłownie, niektórzy zasłużyli). nic mnie nie kusi, nic nie jest w stanie mnie wyciągnąć z niechęci do wszystkiego. moją heroiną jest cichy dom i wyłączony telefon. kurz i smród rujnowanych przyjaźni.

.

.

.

help

Skoro wiadomo, że nie mogę i nie chcę już wrócić do mojego liceum (acz lubiłam je bardzo), lepiej na ten marzec, kwiecień, maj, czerwiec złożyć papiery do innego liceum w mieście, czy do liceum dla dorosłych? Leń w głowie mówi: chodź tylko w weekendy. Duma mówi: nie waż się chodzić do szkoły z dorosłymi ludźmi, którzy przez zerowy poziom inteligencji zmuszeni są tam chodzić. Chęć życia mówi: w nowym liceum poznasz nowych ludzi, może nawet przyjaciół, więcej się nauczysz, będziesz miała przynajmniej wizję na przyszły rok. Pomocy? Wszystko co we mnie gada ma tak samo wielką moc. I leń i duma i strach i ciekawość.

fajerwerki

 

 

 

czasami zdarzają się takie rzeczy, że opowiadając o tym wyduszasz z siebie nie więcej niż kilkanaście słów zupełnie nietrzymających się całości, nie określających nic konkretnego. bo nieważne jak bardzo chcesz się podzielić tym trzaskającym jak fajerwerki, najpierw jednym grubym strumieniem, potem rozbryzgującymi się w każdy kącik twojego serca ognikami bólem, to nie możesz nic z siebie wydusić, bo cały karton zbyt świeżych fajerwerk leży i grozi ci paluchem „nic nie mów bo wybuchnę”.

thank u

.

.

.

włożyłeś mi granat w serce nazywając go miłością, eksploduje on we mnie co sekundę na nowo. nie widziałam cię od soboty a krwawi mi umysł jakbym cały sens wszystkiego straciła, to nic, bo przecież życie się toczy, a ja mam swój cel: doczekać się chwili, w której jak nigdy jakby nic nie tęskniło i nie mdlało z samotności, zobaczymy się i przytulimy, spędzimy razem kilka minut i rozejdziemy w popłochu do własnych spraw, rodzin i domów, różnych, odmiennych i niezrozumiałych. uczę się czekać, przepraszam, że nalegałam, że krzyczałam, że się nie starasz i mnie zostawiasz, teraz już wiem że magia wykluwa się w bólu i czekaniu, a burza radości, która się zbierała i kłębiła, wybucha w końcu dopiero przy spotkaniu dając uczucie spełnienia i euforii. jesteś mądrzejszy ode mnie, uczę się wiele, dziękuję.

.

.

tumblr_mgyvfpzoY71rl3safo1_500

it’s a pity, she was so pretty

wir

.

.

.

.

Chce mi się wymiotować jak patrzę na swoje ciało, na swoją twarz, nie patrzę więc, chowam się w piżamach, twarz smaruję kremem usprawiedliwiając tym jej okropny wygląd. Nie wzięłam jedynie wczoraj tabletek, kręci mi się w głowie, gdybyśmy byli stworzeni z pikseli, mam wrażenie, że moje co jakiś czas migałyby znikając a po chwili się pojawiając. Jeden dzień bez prochów i co chwilę przeszywa mnie dziwny wstrząsik tak jakby zaciskający wszystkie moje nerwy na kilka setnych sekund. Takie uczucie mrowienia ale w głowie, w opuszkach palców, w szyi, w sercu. I w łydkach. Prawie wszędzie. A to tylko jeden dzień. Nie będę ich brała. Nic mi nie dają. Nie widzę świata lepszym niż jest, nie pałam miłością, tylko mam ochotę wszystkich krzywdzić, poodsuwałam od siebie telefony, nie dzwońcie do mnie bo to nie ja odbiorę, nie znacie mnie z tej strony. Jedyne co będę mogła z siebie wykrztusić to „nic mnie nie obchodzi, odwal się, nigdzie nie idę, nie chcę cię widzieć”. Przedwczoraj widziałam się z Tomkiem, cała złość zamienia się w takie miłe uczucie jak jestem z nim, pragnę go, kocham go, jest mi z nim dobrze, po prostu się przytulam i chciałabym pozostać taka bezpieczna na zawsze. Wszystkie złe emocje, którymi rażę wszystko dookoła niczym laserami, zamieniają się w proste przywiązanie, radość z chwili i miłość. A potem wracam do domu i przez trzy dni nie wychodzę z pokoju, czasami tylko mama na mnie krzyczy albo siostra wejdzie coś zeskanować, wtedy się odzywam. Tak to rozmawiam tylko z moim królikiem, który swoją drogą jako jedyny się nie poddał ze wszystkich moich znajomych, rodziny, a nawet specjalistów u których byłam i tylko on mnie słucha i kocha i potrafi jak nigdy wskoczyć, ułożyć się obok mojej zapłakanej twarzy i przez godzinę mnie uspokajać i usypiać. Do tego wszystkiego doszedł powrót do szkoły. Od lutego tamtego roku nie byłam w szkole. Miałam nauczanie indywidualne, świetne oceny, zazdrość w klasie, nawet mój najlepszy przyjaciel musiał mnie wypytać jak to zrobiłam. No dałam w łapę, bo na niczym innym mi nie zależało tylko na 5 z fizyki. Idioci. Klasę oczywiście znam, widywałam ich codziennie w pierwszym półroczu, potem czasami na jakiejś popijawie, gdzie się chciana lub niechciana zjawiałam. Lubiłam myśleć, że mnie raczej lubią. Przedwczoraj moja matka „a ty wracasz do szkoły i mnie nie denerwuj”, potem ojciec „weź się wreszcie w garść” jakbym umiała to bym się wzięła, potem siostra „ścisz to, ja muszę iść rano do szkoły, w przeciwieństwie do ciebie, jebana egoistko”, przyjaciółka „widzimy się na przerwie”, chłopak sms 6 rano „powodzenia w szkole”. Nikogo nie winię, nie muszą chcieć zrozumieć. Ale jak ja po roku, tak z dnia na dzień mam zwyczajnie wrócić do szkoły? Mam zeszyty puste, nauczycieli miałam zupełnie innych w domu niż klasa ma w szkole, nawet nie znam głupiego planu lekcji. Nie wiem jakie mają zaplanowane sprawdziany, nie wiem co mają w jakich klasach, nie wiem nawet czy nadal mam nauczanie domowe, czy nie. Nie wiem czy wychowawczyni wie, że mam wrócić, nie wiem czy jestem jeszcze w ogóle w papierach. Nie wiem czy to tak można sobie po prostu przyjść. Jak można sobie tak po prostu przyjść?!?! Boję się nauczycieli, boję się reakcji znajomych, boję się wszystkiego, boję się nawet przechodzić w ferie pod tą szkołą, śnią mi się codziennie koszmary, nie wrócę tam za żadne skarby. Poza tym chodzę w letnich spódniczkach, bo moja matka mnie nienawidzi nie odzywa się do mnie i chodzę w tym co mi ostatnio w ogóle kupiła czyli letnie ciuchy z lipca. Buty mam od koleżanki, bo moim odpadła podeszwa. Starałam się jej powiedzieć, że potrzebuje ciuchów i butów, i nowej kurtki, bo w tej chodzę od 4 czy iluśtam lat, a ona mi mówi że mi da pieniądze, obiecuje, po czym znika na noc czy na dwie, potem się kłócimy, a z moich pieniędzy nici. Obiecała mi już tyle kasy, nic mi nie dała. I tak sobie jestem, w domu, w piżamie, wstydząc się siebie, rodziny, domu, najbardziej siebie. Najgorzej jest jak jestem pijana. Sama mówię rzeczy, które mnie bolą tak bardzo, ale dopiero jak wszyscy na mnie spojrzą i wybałuszą oczy z pytaniem jak mogłam tak powiedzieć, orientuję się, że to nie jest normalne, i że boli mnie to, bo faktycznie powinno. Nie wiem czy mam depresję tak jak mi ją kiedyś stwierdzili, czy ją sobie wymyśliłam, ten rok mi dużo dał, jednak teraz nie umiem z tego wyjść, nie umiem sama, a nie mam nikogo, kto by mnie przytrzymał. przypomniałam sobie, że jednak dostałam pieniądze od mamy w okresie lipiec- luty. była to 100 na buty gdy wyjeżdżała na ferie do Włoch, a my z siostrą zostałyśmy same w domu. dała mi 100 na kozaki, ale żadnych nie znalazłam, kasę mam nadal, a buty dała mi przyjaciółka.

.

.

.

.

PROMOCJA!

.

.

.

.

och, świetna promocja w Empiku, kupujesz jedną książkę, drugą wynosisz, nie musząc za nią płacić! wspaniale, akurat wybiorę coś dla koleżanki na urodziny i drugą będę miała dla siebie. promocja ważna do 22.01.2013. pfff… mam jeszcze dużo czasu, no bo który dzisiaj jest, 12, 13.01. przespaceruję się w weekend, jako że jestem aktualnie chora.
„Patrz jaka fajna promocja!”- mówię podniecona. „Dzisiaj jest 23.01.” – komentuje mama .
NicNieRobienie/RobienieWszystkiegoNaRaz/UczenieSię/Myślenie/WydzwanianieDoChłopaka pochłonęło mnie tak, że straciłam kilka (całkiem sporo) dni. I to nie jest strata w rodzaju pomieszania się numerków w kalendarzu, to autentyczna, namacalna strata cennego czasu, czuję, że omija mnie życie, czuję to na każdym kroku, nie wiem, czy to wina zimy, czy tego, że mam domowe nauczanie, czy tego, że nie wychodzę z domu w tygodniu, a jedynie w weekendy… Nie wiem. Pewnie wszystko się kumuluje, choć podobno „promocje się na siebie nie nakładają”.

.

.

.

sickness

nie potrafię nic napisać, kiedy jestem szczęśliwa, albo na świat obojętna. aktualnie jest mi dobrze, zbliżają się ferie wielkimi krokami, ja leżę w łóżku z ciągłą gorączką, lecz nie myślę o tym, bo czy to nie jest piękne? ktokolwiek będzie coś od ciebie chciał: mam gorączkę, nie mogę. wiążą się z tym wyrzeczenia, ale do soboty przecież wyzdrowieję, a wielka tygodniowa impreza, która będzie miała miejsce, w mojej głowie już nabiera epickiego kształtu. jak to wygląda?  tatuś mój się nie interesuje, mieszka kilka ulic dalej, ale ma swojego 3-letniego dziecioka do zabawiania. mamusia wzięła chorobowe i mieszka kilka pokoi dalej, ale ma swojego chłopaka do zabawiania i także się nie interesuje. dodatkowo wyjeżdża w piątek zostawiając mnie (almost 18) i moją siostrę (almost 16) na pastwę wiecznej imprezy i znudzonych znajomych. życzcie nam nie podpalenia domu. niestety Tomka rodzice nie wyjeżdżają i będzie miał ograniczony dostęp do naszego otwartego dla wszystkich domu, co mnie smuci niezmiernie, gdyż miałam nadzieję, że tak jak zazwyczaj spędzamy weekendy razem, tak teraz uda nam się pobyć razem trochę dłużej. co za wymagająca dziewczyna. on też by chciał. ale nie ma tak dobrze. przynajmniej bardziej będziemy doceniać te krótsze chwile razem. chyba pójdę spać, coś nie mogę się skupić.

grr

ja się martwię, tupię, ponad godzinę umieram ze stresu, a on sobie dopiero  spod domu wyjeżdża i nie raczy telefonu odebrać, a wiadomości głosowe to odczytuje (wiem, bo mi powiadomienie przychodzi) co za człowiek, co za człowiek, ja tu niespodzianki, na koncert SYSTEMU go zabieramy, a on mi taki stres dowala, nie wiem co ze sobą robić, ręce mi się trzęsą, głowa paruje, w końcu dzwoni i tekstem do mnie „CZY CIEBIE CAŁKIEM BÓG OPUŚCIŁ”. wszystko i tak zawsze moja wina, bo się martwię i milion nieodebranych połączeń  mu zostawiam. niesprawiedliwość.

piękny dzień. 54 kg!!! z tej okazji zjem ciasteczko.

strach wziął moje oczy

.

.

tumblr_m4izm690k61qcan26o1_1280

 nienawidzę, gdy słowa, które chcę wypowiedzieć grzęznąmi w gardle, w przełyku lub w samej przeponie nawet, a ja, nie wypluwając ich w powietrze, dławię się głoskami jak zwierzęta w wigilię o północy, kiedy starają się powiedzieć „dziękuję” i „kup mi lepsze jedzonko bo moje życie i tak jest wystarczająco nieciekawe”. tyle zdań chowa się w oczodołach, w fałdach tłuszczu gdzieś pod udami, tyle wdzięczności zakopało się między kręgami, tak wiele strachu i niepewności wciąż czuję w opuszkach palców. przerażenie krąży mi w żyłach, wypompowywane z serca do aorty płynie pod ciśnieniem i dociera do mózgu w którymś momencie, pojawiają stumblr_mga4nutww91rv8nleo1_500ię ciemne plamki przed oczami i gubię się, nie wiem co mam mówić. chowam się więc w pokoju pełnym wspomnień i brudu, nie spoglądam na nic, jedynie na ścianę czasami i kulę się pod kołdrą niczym surykatka zawinięta w swój puszysty ogonek. i niktmnie nie budzi nigdy, nikt mnie nie szuka, nie szturcha, nie słucha, mogłabym umrzeć pod tym wrzosowym kocykiem, a głaskałyby mnie jedynie cienie drzew i odblaski świateł samochodów z okien sąsiedniego, sennego, smutnego bloku. wszystko jest pogrążone w depresji, niech nadejdzie wiosna, rok zakończy miesiączkę, niech przestaną krwawić serca, odrosną siły na uśmiechy.

.

.

..

.

wagary

 

 

 

 

godzina 9.23 sms „wychodź na dwór fajka teraz”. obudziłam się, wyszłam, to nic, że jest środek zimy a ja w balerinach i samych rajtuzach. zaraz pijemy tanie wino i świętujemy kolejne wagary tych dwóch. ja mam wolne, one mają wylane. nie popieram ale nie wpływam. a mój dom to dom otwarty dla bezdomnych nastolatek i wszystkich innych chętnych sierot szukających zabawy i jedzenia. aktualnie kawa ratuje mi życie, umieram na ból brzucha ale trzymam się, bo laski wrócą i zrobią rozróbę. cieszę się, że nagle mam co robić kolejny dzień.

.

.

.

tumblr_m9hclghwM21rchl2zo1_500

. . . . . My pussy taste like pepsi cola. our last sex was the best of all . .. . . . .

wizja końca

 

 

.

.

.

 

o samym sylwestrze nic nie opowiem. siedzieliśmy do 5 rano na zlocie fanów i posiadaczów nissanów 200sx12 czy jakoś takoś i potem jak już się wytańczyłyśmy poszłyśmy zapalić dobre czeskie zioło jak na głupie nastolatki na imprezie dla dorosłych przystało. musiałyśmy coś odwalić. siedziałyśmy grzecznie w pokoju i się fazowałyśmy przez kilka godzin śmiejąc do rozpuku. naprawdę dobra, psująca mózg zabawa. następnego dnia byłam jedynie zmęczona, kac mnie nie męczył tak jak połowy społeczeństwa polskiego (połowy, bo druga połowa leży w szpitalach albo ma poniżej 12 lat). sylwester nie tak udany jak w tamtym roku, ale niczego nie żałuję. a przynajmniej staram się nie dopuszczać do siebie myśli, że mogłabym idąc gdziekolwiek indziej bawić się lepiej, bo to tylko i wyłącznie moja wina, że wybrałam jechać z obcymi ludźmi, w nieznane i dalekie.
od wczoraj zarobiłam już chyba z 7 ocen, wszystkie dobre w sensie db albo db+, nic szczególnego, czekam na boyfrienda, któremu się wyjątkowo do mnie nie spieszy. mamy plan wyjechać gdzieś w weekend. mam okropną atmosferę w domu. odkąd matka wróciła ze swojego sylwestra nic tylko krzyczy i wypomina mi co zrobiłam źle, a jak to bywa u najstarszych w rodzinie, zrobiłam źle wszystko co możliwe. tak więc od nowego roku trzymają się mnie łzy i zmęczenie, w dodatku przytyłam i nie mam motywacji do niczego. duszno mi w płucach, serce wolno pompuje krew, oczy widzą ciemne barwy i jak się już zamkną przy każdym mrugnięciu, to ciężko im się otworzyć. znowu powróciło do mnie wrażenie lewitowania w nicości i czekania na wspaniałe wydarzenie, na coś, co odmieni aktualną sytuację. niech wybuchnie miasto, niech spalą się drogi, niech spadnie na nas grad, ulewy i śniegi, niech coś się przełomowego wydarzy, bo w tej rutynie długo nie pociągnę. naprawdę ciężko mi wytrzymać z samą sobą 24 godziny na dobę w pustym pokoju, kiedy wszyscy znajomi mają furę roboty albo ja nie mam na nich ochoty.

.

.

.

przedsylwester2

najdziwniejszy  w moim życiu sylwester. po zwiedzeniu calutkiej galerii we wrocławiu w poszukiwaniu sukienki (ze znakomitym efektem, fajna kiecka za 100 zł na przecenie) wróciliśmy do domu i staraliśmy się pójść spać. niestety jak to my rzucaliśmy się z łóżka na łóżko, zawijaliśmy kołdrę na przeróżne sposoby, sprawdzaliśmy czy nam będzie wygodnie w przenajróżniejszych pozycjach i nie ważne jak bardzo byliśmy oboje zmęczeni, poszliśmy spać ok. 4 nad ranem. co najgorsze nie było to miłe nocowanie gdyż oboje faktycznie chcieliśmy się wyspać i faktycznie nie mogliśmy. myślałam że mu skopię ten rozpychający się tyłeczek i pójdę na drugie łóżko. on odwzajemniał ten stan. fajnie było. rano wstałam, spakowałam się, obudziłam go, kazałam sprzątać i pojechaliśmy każdy w swoją stronę, on robić laptopy, ja robić rozróbę, co się okazało wcale nie takie proste.

c.d.n.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 352 other followers

%d bloggers like this: